Miniorkiestra
 
 

Pomiędzy Nowym Jorkiem i Sejnami
czyli o Tratwie Muzykantów

W 1939 roku Carl Gustav Jung sformułował opinię, która dosyć dobrze odzwierciedlała stosunek tzw. Zachodu do Europy Wschodniej: "Zaraz za Niemcami mamy słowiańskich muzyków - biedne, białe śmieci Europy." Od tego czasu minęło ponad 60 lat. Europa Wschodnia z trudem zmaga się ze skutkami totalitaryzmów, których stała sie ofiarą.

Już od kilku miesięcy mamy za sobą "Tratwę muzykantów", spotkanie muzyków amerykańskiej sceny klezmerskiej z muzykantami i muzykami z Europy Wschodniej - Polski, Białorusi, Węgier, Ukrainy. To doświadczenie z upływem czasu nabiera dla nas, uczestników, coraz większej wagi. Ze względu na to, co się wydarzyło, niezależnie od tego, czego każdy w jakiś tam sposób dla siebie oczekiwał.

Tratwa muzykantów to nie był zwykły warsztat muzyki klezmerskiej. Było to doświadczenie nowe, z niczym wcześniejszym nieporównywalne. Także dla naszych mistrzów. Każdy z uczestników przybył z balastem własnych doświadczeń, wypływających z dzisiejszej wrażliwości, a jednocześnie zanurzonych w tradycji muzycznej miejsc, z których pochodzi. To wywoływało szczególny rodzaj emocji i więzi, niesprowadzalny do zwykłej relacji mistrz - uczeń. Kultura jidisz, choć mogłoby sie wydawać, że jest już w Europie Wschodniej niezrozumiała, posługuje się tymi samymi kodami, jest częcią wspólnego, żywego dziedzictwa. Dlatego wieczorne spotkania z mistrzami były tak intymne i szczere. Później zwykle była muzyka. "Muzyka zaczyna się tam gdzie kończą się słowa". Teraz posłuchaj, to będzie twoim światem...

Uczestnicy Tratwy, muzycy z Europy Wschodniej, pozbawieni są środowiska, w którym muzyka ta mogłaby się naturalnie rozwijać. Brakuje ożywczej zależności pomiędzy muzyką, jako sposobem artystycznej ekspresji, i jej funkcją. Jak istotna jest to zależność podkreślał w swoich wykładach Michael Steinlauf. Tylko 30% repertuaru klezmerskiego stanowi muzyka do tańca. Muzyka klezmerska jest jak "bicie serca żydowskiego obrzędu. A sercem tradycji klezmerskiej jest wesele żydowskie, uroczystość i obrzęd przejścia, ucieleśniający i gwarantujący ciągłość społeczności i kultury poprzez pokolenia" (M. Alpert, Klezmer Music. A Marriage of Heaven & Earth). W trakcie ślubu muzyka doprowadza pannę młodą pod baldachim ślubny (chupę), prowadzi gości do stołu, odprowadza do domu. Z klezmerstwem ściśle związane jest pojęcie tachnes. Wszystko ma swój cel, funkcję. Tak sobie grać? Po co!

Tej zależności zabrakło po tym, jak została zamordowana w Europie Wschodniej cywilizacja jidisz. Wskrzesić się jej nie da, bynajmniej w tej tradycyjnej formie. Brak elementów, które są istotne dla muzyki klezmerskiej, skazuje nas, tutejszych, na klęskę. Jedyna rzecz, jakiej możemy się trzymać, to świadomość, że właśnie tutaj muzyka ta się narodziła, że właśnie tutaj ją przegraliśmy i powinniśmy być wierni tej przegranej. Wszystko po to, by bronić się przed manierą estetycznego automatyzmu. Niestety, wrażenie takie można odnieść słuchając niektórych europejskich formacji klezmerskich.

Czym jest wierność przegranej dla artysty powiedział niegdyś Beckett w słynnej rozmowie z Georges'em Duthuit: "Być artystą znaczy przegrywać, i to przegrywać jak nikt inny, bo inni po prostu się na to nie ważą. Pozostało nam tylko owo pogodzenie się, przyznanie, pozostało nam ową wierność przegranej potraktować jako nowy powód, jako nowy element zależności, a owo niemożliwe a konieczne i podejmowane działanie uczynić działaniem na rzecz wyrażenia choćby samego siebie, czyli swej niemożności a zarazem konieczności. Nie, nie pozwól mi się wypalić".

Paweł Szroeder